Uliczki Marsylii dawno już nie widziały takiej pogoni. Choć uciekający siedzi za kierownicą czarnego Audi, to tylko znajomy naszego znajomego. Martin ma bowiem doskonałe alibi. Bohater dwóch wcześniejszych części "Transportera" rybki sobie łowi w towarzystwie inspektora Tarconiego. Niezbyt długo, ponieważ sam wpada w sieci grubej ryby o nazwisku Johnson. Biznesmen spod ciemnej gwiazdy chcą wywrzeć wrażenie na ukraińskim ministrze, każe Martinowi prowadzać się z rudą pieguską w kursie na Odessę.
Scenariusz "Transportera 3" nie wnosi wiele nowego do opowieści o listonoszu do wynajęcia. W filmie znalazło się miejsce dla kilku efektownych scen pościgów i bójek, niezniszczalnej latającej amfibii marki Audi oraz śpiącej królewny Walentiny. Wcielająca się w tą ostatnią Natalya Rudakova nie sprostała wyzwaniom roli. Urodziwa debiutantka doskonale sprawdza się jako rozespany pakunek, lecz w scenach czuwania - czy to marudząc z nadąsaną minką, czy miotając się pod wpływem narkotyku - pokazuje tylko jaka z niej amatorka. Niewiele lepiej poradził sobie Jason Statham. Brytyjski aktor jak zwykle próbuje zamaskować braki talentu ciężką pracą. Wyniki wielu godzin spędzonych w siłowni prężą się przed obiektywem kamery.
Mimo zahaczenia o popularny temat jakim jest ochrona środowiska, nawet bardzo młody widz nie będzie miał trudności ze zrozumieniem o co naprawdę chodziło twórcom "Transportera 3". Wyliczanie zalet Audi to wszystko czym bawią nas scenarzysta i producent Luc Besson oraz mało znany reżyser Olivier Megaton.
Ktoś do drzwi zadzwonił dwa razy. Nim otworzyłem, już wiedziałem co się święci - paczka do mnie przyszła. Paczka starych znajomych: Jason Statham jako Frank Martin i Luc Besson jako scenarzysta jego mniej bądź bardziej (choć raczej bardziej niż mniej) niedorzecznych przygód. No i na dokładkę pierwszy z brzegu wolny reżyser - w przypadku "Transportera 3", niejaki Olivier Megaton, czyli paczka odpowiedzialna za paczki przewożone w kolejnych "Transporterach".
Tym razem jednoosobowa firma spedycyjna Franka Martina zmuszona zostaje przez Złego Pana Johnsona (etatowy ostatnio szwarccharakter Robert Knepper) do przewiezienia z Marsylii do Odessy ładunku w postaci rudowłosej Valentiny (Natalya Rudakova). Prócz kłód rzucanych pod nogi (koła?) Frankowi przez zleceniodawcę i konkurencyjnych Niedobrych Ludzi, dodatkowym utrudnieniem będzie ładunek wybuchowy który eksploduje jeśli kierowca oddali się zbytnio od swojego auta. I to właściwie wszystko, jeśli chodzi o scenariusz. Frank wykonuje zadanie starając się ocalić swoją i nieobojętnej mu wbrew zawodowej etyce Valentiny skórę, a pomaga mu w tym zaprzyjaźniony paneuropejsko operatywny marsylski policjant Tarconi (François Berléand). Jednak Frank rzadko potrzebuje pomocy, gracko rozprawiając się z adwersarzami przy użyciu pięści, części garderoby, którą ochoczo zrzuca prezentując nienagannie wyrzeźbiony kaloryfer, bądź łopaty, jeśli akurat pod ręką nie ma swojego wiernego audi s8. No, ostatecznie pozwoli, nie czekając na kawalerię, wyciągnąć się z opresji ukraińskiemu chłopu. Podstawowym problemem poruszonym w trzeciej części "Transportera" zdaje się być pytanie - gdzie tu w Starej Europie zjeść można coś dobrego. Ktoś tam jeszcze przebąkuje coś o ekologii, ale gang podrasowanego silnika sprawił, że nie dosłyszałem tej kwestii.
"Transporter 3" nawet nie jest złym filmem, to po prostu kolorowy wypełniacz ekranu miły dla oka i bezbolesny dla wrzuconego na jałowy bieg mózgu, który pozwala Bessonowi i spółce opłacić rosnące rachunki za benzynę a widzom nieinwazyjnie przenieść się w przyszłość o kolejne sto minut. W oczekiwaniu na następnego "Transportera" (odjeżdżają regularnie, co trzy lata), winszowałbym sobie, by przesyłki Poczty Polskiej doręczane były z skutecznością Franka Martina, czego i Państwu, kwitując odbiór życzę.