Bohaterem jest kierowca ulicznych rajdów, Tobey Marshall (Aaron Paul), niesłusznie oskarżony o nieumyślne spowodowanie śmierci swego przyjaciela. Po wyjściu z więzienia mężczyzna postanawia odnaleźć człowieka, który go zdradził.
Film Scotta Waugha ma wszystko: dramat, romans, akcję. To opowieść o przyjaźni, lojalności, miłości, zemście, marzeniach oraz, oczywiście, o bardzo szybkich samochodach. Jest brunetka, blondynka, Aaron Paul (który jeszcze nie do końca wyszedł ze "skóry" Jesse'ego Pinkmana) i nawet Batman (czyli Michael Keaton).
Scenariusz jest prosty, naiwny i tendencyjny. Od razu wiadomo, kto jest dobry, a kto zły, komu ufać, komu nie. Bez problemu można też przewidzieć kolejne wydarzenia na ekranie. Ale przecież w takim kinie nie chodzi o zagadki dla umysłu. Ma być szybko, fajnie i seksownie, a czasem jeszcze niewiarygodnie. Tak też właśnie jest. Scena z tankowaniem na autostradzie czy manewr nad kanionem godne są Jamesa Bonda. Zresztą, większość motoryzacyjnych sekwencji robi wrażenie (szczególnie dość realistyczne wypadki). Poza tym, bywa ckliwie, infantylnie, kilka ujęć powłóczystych spojrzeń można było wyciąć, ale mimo wszystko seans z "Need for Speed" okazuje się dość szybki i przyjemny.
Solidna rozrywkowa propozycja. Bez zaskoczeń, ale i bez większych rozczarowań.