Od 2010 roku nad głową Mohammada Rasoulofa wisi kara roku pozbawienia wolności (pierwotnie miało to być 6 lat) oraz 20-letni zakaz wykonywania zawodu. Reżyser, scenarzysta i producent jednak nie ulega presji i ciągle pracuje, ciągle też porusza niewygodne dla władz Iranu tematy.
"Rękopisy nie płoną" kręcił w tajemnicy. W napisach końcowych wymieniono tylko jego nazwisko. Pozostali twórcy - operator, kompozytor, montażysta, nawet aktorzy - w obawie przed represjami wybrali anonimowość. Mieli ku temu powody. Z jednej strony irańscy urzędnicy nie przepadają za artystami, którzy głośno mówią to, co myślą, z drugiej… ten film nie tylko komentuje, ale i mocno piętnuje brak wolności słowa oraz zbrodnię polityczną.
Historia dotyczy pisarzy, którzy starają się uchronić i wydać pewien rękopis. Na jego stronach opisany został epizod, który kompromituje państwowych notabli. Nigdy nie pozwolą oni, by ich przeszłość wyszła na jaw. Zlecają dwóm agentom służb specjalnych odnalezienie książki i pozbycie się "konspiratorów".
Chociaż Mohammad Rasoulof nie szokuje obrazami przemocy, jego film odbiera się i przeżywa fizycznie, szczególnie wtedy, gdy na ekranie pozornie nic się nie dzieje. Okrucieństwo jest ciche, otoczone banalnością. Narzędziem mordu może stać się nawet spinacz do bielizny, nie mówiąc już o czopku z trucizną. Filmowiec perfekcyjnie ukazuje mechanizmy reżimu, które są uniwersalne - podobne metody wykorzystywały służby niemal w każdym totalitarnym państwie. To długi i wolny obraz, ale wywiera piorunujące wrażenie. Trudno jest się z niego otrząsnąć, tym bardziej, że zainspirowały go autentyczne wydarzenia.