FILM

Wojna światów (2005)

War of the Worlds
Inne tytuły: Out of the Night

Recenzje (3)

Akcja rozgrywa się współcześnie w jednym z amerykańskich miast. Główny bohater to "everyman" - zwykły robotnik bez większych aspiracji, prowadzący od czasu rozwodu samotne życie. Sporadycznie spotyka się z niezbyt go szanującymi dziećmi. Ich wzajemne, raczej nieudane relacje odmieni dopiero atak kosmitów.

Jak zwykle w przypadku Spielberga, filmowi nie sposób zarzucić czegokolwiek w warstwie formalnej. Atak Obcych został znakomicie ukazany. Na szczęście, twórca nie od razu prezentuje widzowi to, co powinno go przerażać. Jak zwykle też w przypadku Spielberga, wielkie widowisko zostało połączone z przesłaniem. Bo przecież kosmici dla reżysera są tylko pretekstem do opowieści o zagrożeniach współczesnego świata. Nie przez przypadek w jednej ze scen Spielberg pokazuje ścianę obwieszoną zdjęciami zaginionych ludzi. Ujęcie to wyraźnie odwołuje się do obrazów zapamiętanych po pamiętnej tragedii w World Trade Center.

Ze względu na efekty specjalne i przesłanie "Wojna Światów" zasługuje na uwagę. Spielberg nakręcił kilka wspaniałych scen, które pozostaną w naszej pamięci. Jednak podobnie jak w przypadku "Raportu mniejszości" czy "Złap mnie, jeśli potrafisz", czegoś w tym filmie zabrakło.

Spielberg Vs. Welles. Po pierwszych 30 minutach Spielberg znokautowany.

Przyznam, że wiele obiecywałem sobie przed seansem. Jedna z najlepszych powieści science-fiction sfilmowana przez Stevena Spielberga musi osiągnąć sukces. Moje opinie wywnioskowane po telewizyjnym zwiastunie, po którym serce biło mi 10 razy mocniej, uległy całkowitej przemianie w starciu z prawdziwym filmem.
Zaczyna się stylowym wprowadzeniem narratora. Potem rozwiedziony robotnik portowy musi zaopiekować się swoimi dziećmi. Na początku nie wychodzi mu to najlepiej. Dalej, na niebie pojawia się świetlisty krąg, z którego wydobywają się pioruny. Następnie potężne maszyny z nieznaną dla nas nowoczesną bronią terroryzują nowojorską autostradę (za tą scenę doliczam jeszcze jedną gwiazdkę). I tu kończą się możliwości Spielberga. Najwyraźniej opisana w książce Wellesa apokalipsa zdecydowanie przerosła wyobrażnię reżysera. O ile początek był mroczny i efektowny, to dalsze losy rodziny Ferriera nie robią już takiego wrażenia, ponieważ do końca seansu reżyser nie zmienił ani punktu widzenia kosmitów, ani nie piętrzył rewelacyjnych efektów jakich zaprezentował w pierwszych 30 minutach "Wojny światów". Mamy też kosmitów z wyglądem i charyzmą E.T.
Film byłby o wiele bardziej mroczny gdyby Spielberg do wyglądu najeźdźców z kosmosu wprowadził choć trochę demonicznej iskierki. Zatem powieść Wellesa i film Spielberga również toczą WOJNĘ ŚWIATÓW.

Terroryści? Atak kosmitów?

Terroryści? Atak kosmitów? Takie pytania nasuwają się głównemu bohaterowi "Wojny światów", świadkowi zdarzenia wydostających się spod powierzchni ziemi gigantycznych trójnogów, które rozpoczynają zagładę naszej planety.
Ray Ferrier (Tom Cruise), bo to o Nim mowa, to nieodpowiedzialny, zadufany w sobie egoista (mam wrażenie, jakby grał samego siebie!). Po rozwodzie z żoną zaniedbuje dzieci - nastoletniego Robbiego i małą Rachel, którymi musi zaopiekować się w weekend, podczas nieobecności "ex". Niedługo potem rozpoczyna się apokalipsa.... Idąc do kina na "Wojnę światów" spodziewałam się zobaczyć kolejny film, ukazujący heroiczną walkę Amerykanów z inteligentnymi i bezlitosnymi kosmitami, usiłującymi przejąć kontrolę nad Ziemią, których niespodziewanie pokonuje zwykły, przeciętny, amerykański obywatel.
Pomyliłam się, choć nie do końca.
Zobaczyłam wspaniały spektakl z niesamowitymi efektami specjalnymi - technicznymi i dźwiękowymi (ale to chyba nie dziwi przy 130 milionowym budżecie) i szybką, trzymającą w napięciu akcję (parę razy naprawdę się przestraszyłam), ale mam wrażenie jakby reżyser filmu - Steven Spielberg, zapomniał nakręcić końcówki filmu. Po wartkiej akcji następuje gwałtowne wyhamowanie. Nagle dowiadujemy się, że te przerażające i krwiożercze potwory, których nie potrafiła pokonać żadną bronią amerykańska armia, zostały zdetronizowane przez malutkie, wydawałoby się bezbronne, a jakże jednak potężne....Ale tego to dowiecie się już w kinie.